03 marca 2014, 18:09 | Autor: Magdalena Grzymkowska
Opera i dżinsy

Piotra Lempę, absolwenta prestiżowych uczelni, laureata szeregu nagród, doktora wokalistyki i posiadacza głosu, który wciska publiczność w fotele, mogliśmy ostatnio podziwiać w operach King Priam i Paul Bunyan w Royal Opera House. Charyzmatyczny i skromny zarazem. Pełen południowego temperamentu, bo w końcu pochodzi z południa Polski. Swoim uwodzicielskim basem opowiedział Magdalenie Grzymkowskiej o sobie, operze i dżinsach.

Piotr Lempa / fot. Paweł Dmochewicz
Piotr Lempa / fot. Paweł Dmochewicz
Sportowcy biegają, aby utrzymać dobrą kondycję i wytrzymałość. Chirurdzy uważają na swoje dłonie i starają się unikać noszenia ciężarów czy wbijania gwoździ… Jak to jest w zawodzie śpiewaka ? Czy dba Pan szczególnie o swój głos ?
– Często słyszę to pytanie i zawsze odpowiadam, że należy zachowywać się zwyczajnie, po ludzku, to i głos będzie nam normalnie służył. Bo jak się zrobi z tego głosu świątynię, to wtedy przy nawet najmniejszym przeziębieniu człowiek załamuje się mentalnie. Oczywiście, trzeba być rozsądnym i nie biegać zimową porą w rozpiętym płaszczu po mieście, wiedząc że wieczorem trzeba wyjść na scenę. Staram się walczyć ze stereotypem śpiewaka przewrażliwionego na punkcie swojego głosu. Te czasy już dawno minęły. Śpiewak musi  być jak każdy normalny człowiek, ponieważ funkcjonuje w społeczeństwie, żyje w mieście szczególnie takim jak Londyn, gdzie jest się skazanym na metro, autobusy, pociągi i nie da się uniknąć zmian temperatur oraz wszechobecnej klimatyzacji.

Chyba nie od zawsze mieszka Pan w Londynie…

– Tak to prawda, pochodzę z Dobrodzienia w Polsce. Jest to mała miejscowość na Opolszczyźnie w której wszyscy zajmują się stolarstwem. I tam się w zasadzie wszystko zaczęło. W czasach, kiedy nie było komputerów, internetu i innych bodźców, które dzisiaj mamy, które rozpraszają i nie pozwalają się skupić na jednej rzeczy. Wtedy dzieciaki spędzały wolną chwile na graniu w piłkę, natomiast ja śpiewałem w chórze, który, nota bene, obchodzi w tym roku swoje trzydziestolecie, a robiłem to bo przynosiło mi to wiele satysfakcji.

To znaczy, że śpiew od zawsze był Pana pasją?

– Chciałbym powiedzieć, że śpiewam odkąd pamiętam, że zawsze było to moim marzeniem i że całe życie podążałem za nim, ale wcale tak nie jest! Moja droga była dość długa. W międzyczasie udało mi się skończyć studia z zarządzania i informatyki. Na śpiew nie byłem od początku ukierunkowany bo nie pochodziłem z muzycznej rodziny. Nigdy w sumie też nie obudziłem się rano i nie pomyślałem „chcę być śpiewakiem operowym.”

Jednak w końcu zdecydował się Pan ukierunkować swoją edukację w stronę muzyki…

– Tak, chociaż nie od razu. Kiedy zaczynałem przygodę ze śpiewem akademie muzyczne jawiły mi się niczym świątynie, a ludzie w nich niczym kapłani, tacy uduchowieni, pełni tej iskry bożej… Gdzie tam mnie, prostemu chłopakowi z Dobrodzienia porównywać się do nich! Toteż za namową moich rodziców, którzy powtarzali mi, że muszę skończyć jakieś praktyczne studia, wyjechałem do Częstochowy i tam studiowałem zarządzanie i marketing, czyli matematyka, algebra, ekonomia… Nudziłem się tam koszmarnie. Do dzisiaj pamiętam te wielkie czarne tablice, całe zapisane liczbami, wzorami… To była kompletnie nie moja bajka. Ale kiedyś zobaczyłem ogłoszenie o treści: „Chcesz by rektor bił Ci brawo, to do chóru biegnij żwawo.” To był nabór do Collegium Cantorum, chóru Politechniki Częstochowskiej. Poszedłem na przesłuchanie i tak już zostałem przez 5 lat.

Wychodzi na to, że przez przypadek trafił Pan do jednego z najlepszych chórów akademickich w Polsce…

– Zjeździliśmy całą Europę, byliśmy z koncertami w Chinach i w Stanach Zjednoczonych. W wyniku natłoku wyjazdów, prób i koncertów, w pewnym momencie przestałem pojawiać się na zajęciach. Ale ponieważ  chór był wizytówką uczelni, profesorowie przymykali oko. Wtedy mój dyrygent powiedział mi „Chłopie, czemu ty nie pójdziesz na akademię muzyczną?”. Postanowiłem aplikować do Bydgoszczy, chociaż w głębi duszy liczyłem na to, że się nie dostanę, bo tak by było łatwiej. Ale dostałem się i wtedy zaczął się bałagan, który trwa do teraz.

Jednak coś musiało być nie tak, bo nie zagrzał Pan długo miejsca w Bydgoszczy. Jaki był tego powód?

– W tamtych czasach niewiele się działo na tej uczelni, nie widziałem dla siebie możliwości rozwoju. Dlatego po roku przeniosłem się do Gdańska co uważam za dość odważna, jednak dobrą decyzję. Mało tego. Jako arogancki młodzieniec przyszedłem do Opery Bałtyckiej i powiedziałem: „chcę tu pracować”. Taki miałem tupet!  Ale Pani, która mnie przyjmowała, stwierdziła, że jedyne co mogą mi zaproponować na początek to miejsce w chórze i kazała mi coś śpiewać. Gdy skończyłem, powiedziała: „W zasadzie nie powinnam cię przyjmować…” I ja w tamtej chwili zamarłem, myśląc sobie: „no, to masz za swoje!”. Ale po chwili dodała słowa: „…bo to dla ciebie będzie tylko poczekalnia.” Te słowa zapadły mi w pamięć. I faktycznie tak się stało, byłem w tym chórze zaledwie półtora roku. Potem zostałem najmłodszym solistą w Operze Bałtyckiej. I nie chcę, żeby to zabrzmiało niewdzięcznie, ale szybko poczułem,  że to dla mnie za mało.

Rozumiem, że wtedy uważał Pan, że nic więcej nie jest w stanie osiągnąć na tym etapie?

– Właśnie, niby śpiewałem swoje role, ale do poważniejszych ról po pierwsze brakowało mi doświadczenia, a po drugie musiałem do nich dorosnąć. Nudziłem się, czułem, że przebieram nogami, ale stoję w miejscu.

Wtedy pojawił się pomysł wyjazdu do Londynu?

– Podsunął mi go człowiek, który zapytał, po jednym z koncertów w Niemczech,  czy chciałbym studiować na Royal Academy of Music. Pomyślałam, że ten człowiek jest wariatem. Oczywiste było, że chciałem tam studiować, pod okiem muzyków, których znałem z pierwszych stron magazynów muzycznych. Przyjąłem słowa uznania, ale nie sądziłem, ze cokolwiek z tego wyniknie. Proszę sobie wyobrazić moje zaskoczenie, gdy po półtora miesiąca dostałem formularz aplikacyjny! Wobec tego wypełniłem dokumenty i pojechałem na przesłuchanie. Samych egzaminów nie pamiętam. Byłem w ogromnym stresie, bo w roztargnieniu, przeczytałem tylko pierwszą z dwóch stron wymagań, w związku z czym nie czułem się dobrze przygotowany. Byłem przekonany, że to będzie bolesny upadek z wysokiego konia, który przez długie lata będzie mi dzwonił w uszach.

Ale udało się…

– …. ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu. Na koniec przesłuchania stanąłem przed długim stołem. Zasiadały przy nim najważniejsze osoby na uczelni wraz z członkami rodziny królewskiej. Rektor z kamienną twarzą spytał mnie, co bym powiedział, gdyby zaproponowali mi miejsce na tej uczelni. Odpowiedziałem, że byłby to najpiękniejszy dzień w moim życiu, a zarazem najstraszniejszy gdyż musiałbym odmówić bo nie stać mnie na opłacenie czesnego wysokości 15 tys funtów rocznie. Na co on odparł, że propozycja obejmuje także finansowanie mojej nauki. Poczułem się, jakbym był w ukrytej kamerze i zaraz miał ktoś wyskoczyć z kwiatami i krzyknąć: „Mamy cię!”

A jednak nie był to program telewizyjny…

– Tak. Zostałem przyjęty. Znalazłem się w najlepszych rękach, w jakich mogłem się znaleźć. Potem to już wszystko potoczyło się swoim tempem. I oto po ośmiu latach, jesteśmy tutaj, w Londynie, po moim debiucie w Linbury Studio w  Royal Opera House w Londynie i nie ma na co narzekać.

Zastanawia mnie, czy po dostaniu się na taką uczelnie nie miał Pan problemów z językiem, a tym bardziej z akcentem?

– Oj, tak i usilnie pracowałem nad tym. Jeden z profesorów powiedział mi: „Musimy coś  z tym zrobić. To jest królewska uczelnia. Nie możesz mówić, jakbyś dopiero wrócił z Kentucky.” Myślę, że efekt jest zadowalający, zarówno dla mnie, jak i dla publiczności. O, i to sobie poczytuję za kolejny mój sukces!

Jedno osiągnięcie goni kolejne, a jaki jest największy sukces?

– To, że otacza mnie rodzina, przyjaciele, znajomi. Kiedy wracam do pokoju hotelowego  po całym dniu prób i wieczornym koncercie zawsze mam czas dla nich i nie wyobrażam sobie życia bez nich. Być może jest tak dzięki moim polskim korzeniom. Wiem na pewno,  że nie zachłysnąłem się karierą. Co do sukcesów zawodowych – to wielkim sukcesem na pewno są występy w Covent Garden.  Jako sukces określam również  to, że mogę słuchać zza kulis występów, na które wyprzedano bilety wiele miesięcy temu, a także to, że wraz ze znajomymi organizujemy od 10 lat Dobrodzień Classic Festival. Daje mi to olbrzymią satysfakcje bo promujemy muzykę poważną w mniejszych miejscowościach w Polsce, gdzie publiczność nie ma okazji do codziennego kontaktu z muzyką klasyczną. Abstrahując jednak od wszystkiego, uważam że to publiczność decyduje, co jest sukcesem, a co nie.

Bardzo utożsamia się Pan z krajem. Czy wpływa to na Pana pracę?

– Świat muzyki jest w dzisiejszych czasach bardzo międzynarodowy, więc ten wpływ jest dość subtelny. Jednakowoż cieszę, że jestem Polakiem, bo dzięki temu, że dorastałem w Polsce i zostały mi wpojone określone wartości, teraz mocno stąpam po ziemi i posiadam kręgosłup moralny, który nie pozwolił mi się zatracić w pracy. To jest olbrzymie bogactwo duchowe, którego nie widzę u kolegów i koleżanek wychowanych na Wyspach.

Dużo Polaków pracuje w tej „branży” operowej?

– Jest nas kilku ale ja jestem zakochany w tym, co robi Mariusz Kwiecień, który jest wybitnym śpiewakiem, ale też wspaniałą osobą. Mam przyjemność znać go osobiście i jestem pod wielkim wrażeniem jego talentu oraz osobowości. Gdy go słucham, poziom jego wirtuozerii mnie pochłania bezgranicznie. Mamy też Olę Kurzak, naszą dumę i dziedzictwo narodowe, której życzę dużo sukcesów teraz na polu bycia mamą. Ale mamy także świetnych muzyków w Polsce. Są to bardzo utalentowane osoby, którym się po prostu nie złożyło zrobić międzynarodowej kariery.

Nawiązuje Pan do polskiej sceny, jakie jest Pana zdanie na jej temat? Czy cieszy się ona popularnością?

– Niestety, opera w Polsce w moich oczach z roku na rok boryka się z coraz większymi problemami. Dyrektorzy nie dysponują takimi budżetami jak tu w Londynie co widzowie Polscy słyszą. Poza tym jako naród nie mamy w sobie nawyku chodzenia do Opery i nic nie robi się w kierunku aby to zmienić. To był, miedzy innymi, powód dla którego zorganizowałem festiwal w Dobrodzieniu którego misją jest to, aby upowszechniać ten rodzaj rozrywki. I nagle okazuje się, że jak się poświęci trochę czasu i własnego zaangażowania to bilety są wyprzedane na długo przed koncertem. Jest jeszcze jedna rzecz. W Polsce panuje taki stereotyp, że idąc do opery należy się przygotować, wystroić w muszkę i frak… oczywiście można i tak ale nie wolno spowodować atmosfery wciśniętej w gorset. Tymczasem w Londynie ludzie przychodzą na spektakle w dżinsach! I jeżeli tak ubrani dobrze się czują – czemu nie? Najważniejsze, aby widz wyszedł z przedstawienia i powiedział sobie: „Fajnie było. Chyba przyjdę jeszcze raz.” I życzyłbym, sobie i innym żeby przychodzili jeszcze raz i jeszcze raz i tak bez końca…

Rozmawiała: Magdalena Grzymkowska

Przeczytaj też

Udostępnij

About Author

Magdalena Grzymkowska

komentarze (3)

  1. Pozdrowienia i powodzenia!

  2. gatuluję!

  3. Piotrze… idziesz jak burza, Twe sukcesy szczerze cieszą, i życzę Ci ich jak najwięcej, ale ponad to życzę Ci, abyś pozostał takim, jakim jesteś. Dionizy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *