| Ojczyzna pewnego sztandaru |
|
|
|
| Autor: Elżbieta Sobolewska | ||||||
| Niedziela, 29. Listopad 2009 12:27 | ||||||
W parafialnej gablocie kościoła pod wezwaniem Bożego Miłosierdzia w Manchester spoczywają sztandary polskich żołnierzy. – Różne: spadochroniarzy, pancerniaków, Marynarki Wojennej. Jak nie ma komu ich nosić, robią to harcerze. – Ale nasz sztandar nosiłem ja – mówi Zbigniew Rytwiński, najmłodszy członek Stowarzyszenia Lotników Polskich w Manchester. Ma 83 lata, funkcję sztandarowego pełnił przez trzydzieści lat. Swoje ostatnie wystąpienie miał mieć 11 listopada w Bazylice Garnizonowej we Wrocławiu. Tego dnia, sztandar lotników polskich z Manchesteru, miał zostać przekazany do wrocławskiego Muzeum Militariów zwanego Arsenałem. Tak się jednak nie stało, bo sztandar opuścił kościelną gablotę, w której złożono go przed czterdziestu laty. Pomysł– To są nasi przyjaciele – mówi o lotnikach Edyta Markowska. Przyjaźnią się z nimi od dziesięciu lat, bo emigracja łączy pokolenia. Pani Edyta ma 42 lata, jej mąż niewiele więcej. Z lotnikami spotykają się co środę. – Mój mąż „oszalał” na ich punkcie. Mamy mnóstwo książek o losach i ich historii. On w ogóle ma takie zainteresowania, jest falerystą, kolekcjonuje orły. Ma kilka bardzo cennych egzemplarzy, jak ten ze sztandaru francuskiego z czasów napoleońskich, ale nie chce go sprzedać, jest dla niego zbyt cenny – opowiada Edyta Markowska. Jej mąż, Wiesław, jeszcze nie wrócił z Wrocławia, gdzie pojechał na obchody Święta Niepodległości. Miał z nim jechać pan Rytwiński, jednak skoro nie mógł dokonać uroczystego przekazania, po raz ostatni wystąpić w roli sztandarowego, zrezygnował z wyjazdu. Pomysł przekazania sztandaru do Muzeum Militariów narodził się dwa lata temu. – Po prostu lotnicy zaczęli nam się zwierzać. „Wiesiu, Edyta”, mówią, „jest nas coraz mniej, co będzie z tym sztandarem? Pomóżcie”. Mąż mówi: jak chcecie, mam kolegę we Wrocławiu, który jest dyrektorem muzeum Arsenał, możemy tam przekazać sztandar – opowiada pani Markowska. – I się zgodzili. Wtedy pan Piękosz, jako prezes Stowarzyszenia napisał list do dyrektora Muzeum, który mąż zawiózł do Wrocławia i przekazał. Wszyscy lotnicy się na to zgodzili. Poszliśmy do proboszcza parafii Bożego Miłosierdzia poprosić o odprawienie specjalnej mszy, którą pożegnamy sztandar, ale proboszcz powiedział, że miejsce sztandaru jest w parafii. My Lotnicy polscy apelujemy„O zwrot sztandaru naszego stowarzyszenia do gabloty w sali parafialnej przy kościele M. Bożego w Manchester, w trybie natychmiastowym! Sztandar jest bezdyskusyjnie własnością naszego stowarzyszenia od ponad 40-tu lat i nikt nie ma prawa tego faktu podważać, gdyż świadczą o tym słowa na nim zawarte. Osoby postronne, nie związane ze stowarzyszeniem, przetrzymujące sztandar bez zgody Stowarzyszenia Lotników Polskich, łamią prawo i zostaną pociągnięte do odpowiedzialności karnej. Jeśli sztandar nie zostanie zwrócony stowarzyszeniu do 21.10. 2009, niezwłocznie powiadomimy o przestępstwie władze angielskie, władze kościelne w Polsce oraz wszystkie media. Liczymy na poważne potraktowanie naszych słów. Zdajemy sobie sprawę, że nie takiego rozgłosu potrzebuje nasza parafia i społeczność polska, jednak do tej pory czekaliśmy cierpliwie, lecz nie spotkaliśmy się ze zrozumieniem, a z przykrością stwierdzamy, że blask naszej parafii mocno przygasa w cieniu tego incydentu. List państwa Stadmüller– Dlaczego pana żona go wzięła? – Pytam. Napisałem list do redakcji Dziennika Polskiego. Gdybym teraz opisał pani całą historię tego sztandaru, publikacja tego listu straciłaby sens. Naprawdę jest w nim wszystko. Ten sztandar rodzice mojej żony zadedykowali parafii, lotnicy podjęli decyzję, która nie należała do nich, ale wszystko wyjaśniam w liście, nie chcę się powtarzać – mówi pan Stadmüller. Mała ojczyznaKsiądz Paweł Urbanek, proboszcz parafii Bożego Miłosierdzia wie przede wszystkim to, że ludzie, którzy ten sztandar nie tylko sfinansowali, ale również własnoręcznie utkali, zrobili również bardzo dużo dla parafii, dla kościoła. Należy im się szacunek. – Ale są również dobre skutki tej sprawy. Żadnemu z żołnierzy nie przychodziło przez te wszystkie lata do głowy, że może wyniknąć taki problem. Myślenie jest proste: „dopóki parafia istnieje, sztandar ma pozostać pod jej opieką”. Ale teraz, po tym doświadczeniu, inni kombatanci chcą zadbać o to, by zostało to zapisane. Aby w przyszłości nic podobnego nie miało już miejsca – mówi ksiądz proboszcz.
Powered by !JoomlaComment 3.26
3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved." |