Kiedy w sobotę, 10 kwietnia dowiedzieliśmy się o tragicznej śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego i towarzyszących mu osób, bardzo szybko pojawiły się pomysły spontanicznych czuwań. Nie tylko w kościołach.
Emigracja pounijna po raz pierwszy pokazała, że sprawy Polski nie są jej obojętne w 2005 roku, kiedy tuż po śmierci papieża Jana Pawła II współorganizowała wielki marsz pamięci, który przeszedł ulicami centralnego Londynu. To wtedy brytyjskie społeczeństwo, w swej zwykle obojętnej na sprawy wiary, większości, zostało poruszone olbrzymim żalem, którego stało się świadkiem, a czasem i uczestnikiem. Kilka lat potem, w 2007 roku odbyły się w kraju wybory parlamentarne, które charakteryzowała olbrzymia frekwencja. Również w Londynie, gdzie utworzono więcej niż zazwyczaj komitetów wyborczych, jak nigdy dotąd do urn ustawiły się gigantyczne kolejki. Po raz pierwszy od wielu lat, Polaków nie trzeba było namawiać do głosowania. 10 kwietnia 2010 roku, zapisze się w naszej pamięci, jako kolejny moment sprawdzający siłę naszej narodowej wspólnoty, jest to czas w którym miejsce sporów, przynajmniej w tygodniu żałoby, zastąpiła refleksja i poczucie wielkiej, niezrozumiałej straty.
W minioną sobotę, w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym odbyła się narada Zjednoczenia Polskiego, wpisywaliśmy się do księgi kondolencyjnej i rozsyłaliśmy między sobą SMS-y o wieczornej mszy oddanej ofiarom katastrofy, w tym ludziom, których znaliśmy: ostatniemu prezydentowi Polski na uchodźstwie Ryszardowi Kaczorowskiemu oraz prałatowi i opiekunie garnizonowego kościoła pw. świętego Andrzeja Boboli na Hammersmith. Również w sobotnie popołudnie, młoda emigracja w osobie między innymi Jacka Winnickiego, niedawnego przewodniczącego stowarzyszenia Poland Street, znowu poczuła moralny obowiązek i po prostu zwykłą ludzką potrzebę spotkania się, by czuwać. – Czy Zjednoczenie Polskie zorganizuje jakieś spotkanie już teraz? – Pytałam Małgorzatę Sztukę, Sekretarza Generalnego organizacji. Odpowiedziała, że raczej nie, ale jeśli młodzi chcą coś zrobić, to przecież zrobią. I tak się stało.
Czuwanie odbyło się pod ambasadą Polski i w tym samym czasie, z inicjatywy Poland Street, na cmentarzu Gunnersbury, pod pomnikiem katyńskim. Informacje o czuwaniu rozesłano za pomocą SMS-ów, w ten sposób oddolnie i błyskawicznie organizują się ludzie na całym świecie. O O godzinie 16.30, na cmentarz Gunnersbury przyszli przedstawiciele wszystkich emigracyjnych generacji, ludzie którzy na co dzień nie uczestniczą w społecznym życiu Polonii, ale w obliczu nieszczęścia czują potrzebę manifestacji swej przynależności i zwykłego, ludzkiego żalu. W tym krótkim, ledwie godzinnym, lecz jakże wymownym i bardzo smutnym czuwaniu, wzięli również udział goście zaproszeni przez Labour Friends of Poland, m.in. kandydat do brytyjskiego parlamentu Bassam Mahfouz i poseł Steven Pound, jeden z tych parlamentarzystów, który wielokrotnie występował na rzecz spraw polskiej społeczności. Spotkanie otworzyła, wspomniana wyżej Małgorzata Sztuka: – nie mamy żadnego scenariusza tego spotkania, napisało je za nas życie – powiedziała zapraszając do refleksji, a potem modlitwy. Ksiądz Mateusz Turkowski z parafii Ealing, zmówił w intencji ofiar i nas wszystkich „Koronkę do Miłosierdzia Bożego”, nie zabrakło też polskiego hymnu. Tak smutno brzmi on niezwykle rzadko. Nie zabrakło też harcerzy. Ustawieni w równym szpalerze, wymieniali się pełnieniem warty u podstawy pomnika. Między harcerzami modlili się, przyklękali, a nawet salutowali zwykli polscy Londyńczycy.
To, co charakterystyczne w takich chwilach, to cierpliwość. Długie oczekiwanie na moment, dla którego tak naprawdę się przyszło: moment złożenia czerwono-białej wiązanki, zapalenia znicza, przyklęknięcia i zmówienia modlitwy, wreszcie złożenia znaku krzyża. Ludzie powoli się przesuwając, w skupieniu czekali na swoją kolej. Ten i ów miał biało-czerwono szalik, niektórzy trzymali w rękach różańce. Czasem błysnął flesz aparatu.
Fotografie: RYSZARD SZYDŁO
|